Kiedy szczęście staje się obowiązkiem
„Uśmiechaj się, będzie lepiej! Myśl pozytywnie! Wszystko ma swój powód!” Słyszeliście to już kiedyś? I mówicie to samo i wy? A co jeśli nie każdy ból potrzebuje natychmiast przykryć uśmiechem? Co jeśli jest w porządku nie być w porządku? Toksyczna pozytywność uczy nas, że musimy być szczęśliwi za wszelką cenę. Ale czasem właśnie to jest największą pomyłką. Jak wyzwolić się z presji na nieustanne szczęście i pozwolić sobie przeżywać prawdziwe emocje?
Wpadłam w pułapkę
Pewnego ranka obudziłam się i nie czułam nic. Żadnej radości, żadnego bólu, tylko pustkę. Słońce przebijało się przez zasłony, kawa pachniała na stole, ale ja tylko patrzyłam w filiżankę, jakby było w niej coś więcej niż tylko czarna ciecz.
Zawsze byłam taka uśmiechnięta. Ta, co mówi, że wszystko będzie dobre. Że to, co nas spotka, ma swój powód, i że wystarczy myśleć pozytywnie. Tylko że co jeśli nie? Co jeśli pozytywność czasem nie jest odpowiedzią, ale pułapką?
Świat, w którym nie ma miejsca na smutek
"Musisz myśleć pozytywnie!" „Wszechświat szykuje ci coś lepszego!” „To minie, uśmiechnij się!”
Słyszeliście to już kiedyś? Może sto razy, tysiąc razy. Sama to często mówię. Bo tak przecież ma być. Świat nie należy do tych, którzy narzekają, ale do tych, którzy umieją wziąć oddech, podnieść głowę i iść dalej.
Tego ranka coś się zmieniło.
Tylko stałam w kuchni, trzymałam kubek z kawą i patrzyłam przez okno. Nie było mi dobrze, ale na głos nigdy bym tego nie przyznała. Udawanie radości i optymizmu stało się dla mnie tak naturalne, że zapomniałam, jakie to jest być smutną i pozwolić sobie na to.
Zaczęło mi być źle z tej mojej gry na szczęście.
Kiedy uśmiech staje się maską
Znacie to uczucie, kiedy musicie być w porządku, nawet jeśli nie jesteście?
Nie móc powiedzieć na głos, że coś wam nie idzie, bo są ludzie, którzy mają gorzej?
Ja tak.
I tak dalej uśmiechałam się, grałam swoją rolę „tej silnej” i zaprzeczałam rzeczywistości.
Nie chciałam nikogo obciążać. Przyjaciele mieli swoje troski, rodzina miała dość własnych problemów, a w pracy oczekuje się, że będziecie profesjonalni.
Moje odpowiedzi były, że „jest dobrze, daję radę.”
Tylko że w środku coś się gromadziło. Woda za tamą rosła. A potem pewnego dnia tama puściła.
Nie wiem dokładnie, kiedy to się stało. Może to było, kiedy po długim dniu wróciłam do domu i stwierdziłam, że nic mnie nie cieszy. Może to było to rano, kiedy nie mogłam zmusić się wstać z łóżka. Albo w momencie, kiedy kumpela napisała „Jak się masz?” a ja nie mam siły nawet odpowiedzieć.
Było to jak powolne zanikaniem samej siebie. Robiłam wszystko, co miałam, chodziłam do pracy, rozmawiałam z ludźmi, wypełniałam obowiązki, ale jednocześnie miałam poczucie, że to nie ja.
Były dni, kiedy tylko bezmyślnie przewijałam social media, żebym nie musiała konfrontować się ze swoimi uczuciami.
Inne dni starałam się być aktywna, wycieczki w góry, joga, książki o samorozwoju, ale nic z tego nie dawało mi ulgi. Nic nie potrafiło wrócić mnie z powrotem do siebie.
Pewnego wieczoru, kiedy już nie wiedziałam, co dalej, zrobiłam coś, co długo odkładałam. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do mojej najbliższej kumpeli.
Długo tylko milczałam. A kiedy zapytała, co się dzieje, powiedziałam pierwszy raz prawdę:
"Nie wiem. Ja już po prostu nie mogę."
Nie mówiła mi, że mam być silna. Nie przekonywała mnie, że wszystko będzie dobre. Po prostu tam była.
Kiedy wszystko się rozpada, to właściwy czas na budowanie nowego
I tym wszystko się zaczęło.
Stopniowo pozwoliłam sobie być słaba, zmęczona, smutna. Przestałam przepraszać za to, że nie czuję się dobrze. I zaczęłam szukać drogi z powrotem do siebie.
Puściłam sobie film, który zawsze wydawał mi się wzruszający. Tym razem jednak się w nim zobaczyłam. A potem już tylko płakałam. Niekontrolowanie, nie po cichu. Tylko siedziałam i pozwoliłam sobie na to.
I z każdą łzą czułam, że coś się uwalnia. Że może to, czego potrzebuję, nie jest kolejnym motywacyjnym cytatem, ale tylko pozwalam swojemu ciału powiedzieć, co czuję.
Ale co teraz? Płakać w nieskończoność nie szło. Po wylaniu emocji przychodziło wyczerpanie. Cisza. A potem ta znana pustka, która starała się mnie znowu pochłonąć.
Zaczęłam szukać sposobów, jak nie zgubić się. Jak nie wpaść z powrotem w maskę fałszywego uśmiechu, ale jednocześnie nie utonąć we własnym smutku.
Wiedziałam, że komuś pomagają afirmacje – słowa, które dają poczucie spokoju, pewności, przypomnienie, że wszystko ma swój czas.
To nie była moja droga, przynajmniej nie wtedy. Ale mimo to czułam, że drugim mogą działać. Że są ludzie, którym powtarzanie prostych zdań pomoże zakotwiczyć się, oddychać, czuć obecność.
Może w tej chwili nie miałam własnej metody, jak czuć się lepiej, ale powoli zaczęłam badać, co u mnie działa. Co dałoby mi poczucie, że mam nad czymś kontrolę, że nie muszę wciąż tylko dostosowywać się do otoczenia.
Czasem to było coś małego – ciepła herbata, spacer bez słuchawek, chwila, kiedy tylko siedziałam i obserwowałam świat wokół. Czasem przeczytałam zdanie, które miało dla mnie sens, ale nie starałam się wciskać go jako uniwersalnej prawdy.
A czasem po prostu tylko oddychałam i zostawiałam świat takim, jaki jest, po prostu obecny.
I tym zaczęłam znajdować drogę z powrotem.
To jeden sposób, który wielu ludziom pomaga czuć się lepiej.
Może pomoże i tobie, albo znajdziesz zupełnie inny, i to jest zupełnie w porządku.
Główne jest jedno:
„Słuchaj samej siebie. Twój własny przepis dawno już w sobie masz!”
Powoli oddychaj i zdania czytaj na głos:
"Pozwalam sobie nie być w porządku"
"Pozwalam sobie przeżywać wszystkie swoje emocje."
"Nie muszę być nieustannie szczęśliwa/y, żeby być w porządku."
"Smutek nie jest słabością, ale częścią mojej siły."
"Moje życie jest świetne, nawet jeśli nie zawsze jest wesołe."
„Przyjmuję życie takim, jakie jest, ze wszystkim, co przynosi.”
Jest w porządku nie być zawsze w porządku. Być szczęśliwą nie jest obowiązkiem.
Dziś patrzę na siebie inaczej. Już pozwalam sobie czuć smutek, złość i frustrację, bo to nie jest słabość, to jest człowieczeństwo.
A człowieczeństwo jest o wiele cenniejsze niż fałszywy uśmiech.