Pierwszy dotyk po rozwodzie
Najpierw mi go brakowało. Potem bałam się i zapomniałam, jakie to jest. Dotknąć, być blisko. Aż pewnego dnia ktoś wyciągnął rękę… i moja skóra sobie przypomniała.
Rozwód to koniec historii, która miała trwać na zawsze. Ale czasem to też koniec ciała.
Mój rozwód był cichy, cywilizowany. Dogadaliśmy się. Podzieliliśmy meble, opiekę nad dziećmi i psem. Zostały mi klucze, samotność i ciało, którego przestałam zauważać.
Długo po rozwodzie nie dotknęłam potem nikogo i nikt nie dotknął mnie. Może ze wstydu. Może z braku zaufania. Może dlatego, że sama sobie nie wydawałam się wystarczająco prawdziwa na nowy początek. Dłonie miałam zaciśnięte, jakbym niosła w nich własną wrażliwość i nie chciała jej nikomu pokazać.
A potem… to była zupełnie zwyczajna chwila.
Byłam na wycieczce z przyjaciółmi. Śmialiśmy się, siedzieliśmy przy ognisku, ktoś zaproponował mi koc, bo zrobiło się chłodniej. Wyciągnął do mnie rękę. Po prostu, bez oczekiwań, a moje ciało zesztywniało. Mały ruch, palce na moim przedramieniu, a mimo to miałam poczucie, że czas się zatrzymał.
To nie była romantyczność. To nie była pasja.
To był dotyk, który powiedział: „Widzę cię. Zauważyłem, że jest ci zimno.”
I w tym prostym geście wszystko pękło.
W domu dotknęłam przedramienia, dokładnie w tym miejscu, w którym mnie dotknął. Nie dlatego, że chciałam powtórzyć uczucie, ale dlatego, że uświadomiłam sobie, że coś poczułam.
Pierwszy raz od dawna. To była mieszanka paniki, czułości i zaskoczenia. A przede wszystkim to było moje uczucie. Nie przyszło z głowy, lecz z ciała. Nie dało się wymyślić ani stłumić. Tylko przez nie przejść.
Zaczęły wracać wspomnienia. Nie o byłym mężu, lecz o mnie. O tym, jakie to było być młodą, zakochaną, wolną. Jak dawniej śmiałam się tak, że spadałam na plecy. Jak kładłam się w trawie i pozwalałam słońcu głaskać mi brzuch. Jak potrafiłam po prostu być, bez potrzeby kontrolowania się, chronienia się, uciekania.
Po rozwodzie przysięgłam sobie, że będę silna, a siła znaczyła dla mnie samowystarczalność. Nie płakać! Nie chcieć! Nie potrzebować!
Im bardziej to sobie powtarzałam, tym bardziej się gubiłam. Moje ciało nie było chronione, było opuszczone. Nie chciałam, żeby ktoś mnie dotykał, a jednocześnie tak bardzo tego pragnęłam, że się tego wstydziłam. Wszystko, co kiedykolwiek czułam, schowałam do głębokiego pudełka z etykietą „później”. Tylko że później nie przyszło. Aż do tamtej chwili.
Zaczęłam powoli zmieniać rzeczy. Nie skokiem. Nie weszłam od razu w nowy związek. Ale rano po prysznicu dawałam sobie kilka sekund, kiedy smarowałam ciało kremem, nie po to, żeby wyglądało ładnie, ale żeby było zauważane. Zatrzymywałam się w słońcu i zamiast kolejnego zadania z listy to-do kładłam po prostu ręce na klatce piersiowej albo głaskałam twarz i włosy...
Chciałam sobie przypomnieć, że tu jestem. Żywa. Oddychająca. Wrażliwa.
Najtrudniejsze było pozwolić sobie na bliskość. Nie tę fizyczną, lecz emocjonalną. Być w obecności kogoś innego i nie czuć się zagrożoną. Przyjąć, że nawet jeśli byłam opuszczona, nie muszę opuszczać samej siebie. Że dotyk nie jest obietnicą ani początkiem czegoś, co musi się skończyć. To tylko chwila, która może być bezpieczna, kiedy sobie na to pozwolę. I że nawet jeśli mam za sobą rozwód, nie jestem złamana. Nadal jestem cała. Może trochę inaczej.
Calmory:
Rozstanie albo rozwód często zostawia nie tylko emocjonalny, ale i cielesny ślad. Ciało może na dłuższy czas „wyłączyć pamięć dotyku” z powodu bólu, ochrony albo wstydu.
Co może pomóc?
- Świadomy powrót do ciała. Nie przez związek, lecz przez uważność. Ciepły prysznic, automasaż, lekkie rozciągnięcie.
- Dotyk bez seksualnego kontekstu. Przytulić bliską osobę, dotknąć drzewa, siedzieć w słońcu i czuć jego ciepło.
- Małe uważne rytuały. Rano położyć rękę na klatce piersiowej i czuć oddech. Wieczorem pogłaskać nogi, zanim wsuniesz się pod kołdrę.
Afirmacje, które mogą uzdrawiać:
Po prostu oddychaj i mów na głos...
„Moje ciało zasługuje na to, by być czute, nie ukrywane.”
„Dotyk może być czuły, bezpieczny i uzdrawiający.”
„Pozwalam sobie powoli wracać do bliskości.”
Słowo Calmory
Może ty też to przeżyłaś/przeżyłeś. Może twoje ciało nadal jest w pogotowiu. Może zadajesz sobie pytanie, czy jeszcze kiedyś kogoś puścisz blisko.
Ale ciało pamięta i kiedy jest gotowe, samo o to poprosi. Nie presją, nie żądzą, lecz delikatnością. Życzliwym drżeniem pod skórą, które podpowiada: „Teraz jest ten czas.”
Może właśnie teraz ktoś jeszcze potrzebuje to usłyszeć.
Udostępnij.