Perfekcjonizm i strach przed porażką: Pogoń za doskonałością mnie zniszczyła
Miałam poczucie, że muszę być perfekcyjna. We wszystkim. W pracy, w związkach, nawet kiedy czułam się na dnie. A potem odkryłam, że ta gra na doskonałość ma głębsze korzenie, niż myślałam. I że niszczy mnie bardziej, niż pomaga.
"Powinnam była być lepsza."
To zdanie, które prześladuje mnie całe życie. Jako dziecko nigdy nie byłam wystarczająco dobra dla swojego taty. Cokolwiek zrobiłam, przyniosłam jedynkę, odniosłam sukces w konkursie, pomogłam w domu, zawsze przyszło tylko: „No tak, ale następnym razem spróbuj jeszcze lepiej.”
I ja w sobie zasiałam ziarenko poczucia, że muszę być zawsze więcej. Że „wystarczająco dobra” po prostu nie wystarczy.
Bardziej skomplikowane, niż to musi być
Niosę to ze sobą i dziś. Często zadania i sytuacje życiowe robię sobie bardziej skomplikowane, niż muszą być. Zamiast prostoty i lekkości szukam „drugiego planu”. "Co jeśli to nie wystarczy?" "Co jeśli ktoś mnie zawiedzie?" „Powinnam jeszcze zrobić to i tamto.”
I tak nawet zwyczajne rzeczy nadmuchiwałam do ogromnych głazów, zamiast żeby były tylko kamykami.
Zostałam szefową, która nie umiała być szefem
Dzięki swojej ciągnącej naturze w karierze szybko wspięłam się aż na szczyt i zostałam kierowniczką/menedżerką zespołu. Na pierwszy rzut oka sukces, ale w środku byłam wciąż tą małą dziewczynką, która musi wszystkim udowadniać, że ma na więcej.
Byłam surową szefową. Ego aż pod sufit. Perfekcjonistką, która oczekiwała stuprocentowej wydajności i nie umiała przebaczać błędów. Używałam tych samych słów, które kiedyś były dla mnie: „No dobre… ale mogło być lepiej.”
Wstecz uświadamiam sobie, jak często pod presją wydajności potrzebowałam ludzi wokół siebie, ich uczuć, limitów, wsparcia. Jakbym bała się, że kiedy odpuszczę, wszystko się zawali. Tylko że to, co się zawaliło, byłam w końcu ja.
Zostałam izolowana i samotna, nawet jeśli miałam wokół siebie pełno ludzi. A im więcej harowałam, tym bardziej gubiłam samą siebie.
Nie zawsze sukces nie oznacza radości.
Przełom przyszedł niespodziewanie, skradając się ponad osiem lat temu, kiedy z dnia na dzień już nic nie mogłam, zachorowałam na ciężką depresję i jednocześnie zawodowe wypalenie.
I to był definitywny koniec mojego jednego etapu życia.
Nagle musiałam nauczyć się odpoczywać, nic nie robić, bo moje ciało tego wymagało. Musiałam swoje życie zacząć budować od nowa od podstaw. I szczerze? Nie miałam w tamtym czasie w ogóle żadnej pewności, że dam radę.
Jestem wdzięczna, że najbliżsi dali mi czas, przestrzeń i miłość, żebym mogła znowu stać się „ja”.
Z ekstremum w ekstremum
Po uzdrowieniu, które trwało dłużej niż rok, na czas wpadłam w drugie ekstremum. Z perfekcjonizmu zsunęłam się w totalnego flegmatyka. Było mi wszystko trochę obojętne.
A nawet jeśli wydawało się, że to „lepsze”, nie było. Byłam jak wahadło, z jednego ekstremum w drugie.
Trwało to kolejne 2 lata, zanim zaczęłam wracać z powrotem do normalnej wersji „ja”.
Nowa wersja „ja”
Próby i błędy, upadki, ale i małe zwycięstwa i lustro społeczeństwa nauczyły mnie być lepszą wersją siebie, być sobie i dla drugich dobrym partnerem bez konieczności nieustannie pchać na wydajność i doskonałość.
Też nauczyłam się mówić „nie”, kiedy potrzebuję, pozwolić sobie na człowieczeństwo i omylność nie tylko u siebie, ale i u innych. Detale już nie są dla mnie priorytetem za wszelką cenę. Ważniejsza jest dla mnie autentyczność, zdrowie i dobre relacje.
Nie potrzebuję wygrywać. Być wciąż w "grze" i uczestniczyć, jest o wiele więcej!
Co mi pomaga znowu nie zgubić się?
Przypominam sobie, że błędy są częścią drogi.
Już tak bardzo nie porównuję siebie ani innych.
Uczę się brać rzeczy z większym dystansem.
Doceniam się nawet za małe rzeczy i za to, że umiem się zatrzymać i wziąć oddech.
Z głębokim i świadomym oddychaniem wciąż powtarzam sobie w kółko:
„Moja wartość nie zależy od wydajności.”
„Porażka jest lekcją, nie końcem.”
„Nie muszę być najlepsza, żebym była wystarczająco dobra.”
„Robię rzeczy, jak najlepiej umiem, i to mi wystarczy.”